no2
KRZYSZTOF KLIMEK
Media Motorsportowe / 33 lata / Łańcut, Polska
Od dziecka ciągnęło go do cyfrowej rozrywki, dobrego kina i muzyki, której jak sam mówi, nie potrafiłby z życia wykreślić. Studia z grafiki komputerowej miały być przepustką do branży gier, jednak życie napisało nieco inny scenariusz. Zamiast projektować wirtualne światy, zaczął rozwijać się w szeroko pojętych mediach. Po drodze były studia z reklamy i PR, praca w radiu studenckim jako realizator i prowadzący, różne projekty medialne. To właśnie tam nauczył się jednego – w tej branży trzeba być trochę fotografem, trochę filmowcem, trochę grafikiem i trochę marketerem. Przypadkowy wyjazd na testy rajdowe sprawił, że fotografia spotkała się z motorsportem. Później przyszły kolejne dyscypliny – rajdy, wyścigi górskie i w końcu drifting, który dziś zajmuje w jego kalendarzu zdecydowanie najwięcej miejsca.
Dziś zawodowo tworzy zdjęcia i filmy na wydarzeniach motorsportowych, realizuje sesje samochodowe oraz prowadzi komunikację w social mediach marek związanych z motoryzacją. Jest także ważną częścią ligi driftingowej Drift Open, gdzie jako profesjonalista angażuje się w swoją pracę z pełnym oddaniem – zarówno za obiektywem, jak i w budowaniu medialnego wizerunku tej dyscypliny.
A po godzinach? Nadal nadrabia zaległości w grach z dobrą fabułą, słucha muzyki i z czystej ciekawości świata, zagląda czasem do psychologii i socjologii.
Zapraszamy na obszerny wywiad z Krzysztofem Klimkiem, człowiekiem, którego w motorsportowym środowisku trudno nie lubić – zawsze uśmiechniętym, koleżeńskim i pełnym pozytywnej energii. Czasem mamy nawet wrażenie, że w jego mózgu po prostu… brakuje tej części odpowiedzialnej za nerwy. Może właśnie dlatego w świecie pełnym hałasu silników, pośpiechu i presji potrafi zachować spokój, dystans i niezmienne zaangażowanie w to, co robi.
Jak to się wszystko dla Ciebie zaczęło?
Studiowałem Dziennikarstwo i Komunikację Społeczną – ze specjalizacją Grafika Komputerowa. Jakoś na przełomie 2014 i 2015 roku pomyślałem że fajnie, aby grafik potrafił jeszcze znać podstawy obsługi aparatu. Multitasking w zawodzie do dzisiaj jest bardzo istotną rzeczą, dzięki temu kompleksowo można podejść do bardzo wielu rzeczy. Natomiast kupiłem aparat i pojawiło się szybko pytanie, co w zasadzie mam fotografować?
Praca z ludźmi jakoś odstraszała mnie, natura szybko znudziła się i pokazała pewną, nazwijmy to bezcelowość tego… Lubię jak coś, co robię może prowadzić ku czemuś dalej. Koleżanka ze studiów zaproponowała mi (pozdrawiam gorąco Sylwię), aby pojechać na tzw. testy rajdowe. Czyli na zamkniętym odcinku drogowym, kilku kierowców rajdowych jeździ po trasie i sprawdza swoje maszyny, ustawia i odbywa przygotowania przed nadchodzącym rajdem. Szybko połączyłem kropki, auta + aparat? To może być ciekawe połączenie.
Sam zacząłem szukać „eventów” motoryzacyjnych blisko domu. Z początku to były w 90% rajdy i wyścigi górskie. Podkarpacie stoi mocno pięknymi górskimi odcinkami, z tej racji też odbywa się tu większość rund Górskich Samochodowych Mistrzostw Polski. Tu podziękowania dla mojej już niedziałającej oficjalnie ekipy – Rajdowy Łańcut. To oni pokazali mi, o co chodzi w wyścigach górskich oraz rajdach. Dla laika zetknięcie z tym może nie być nazbyt udane, jeżeli przy sobie kogoś, kto Cię wprowadzi. Zwłaszcza dotyczy to rajdów, czyli wybieranie miejsc, dojazdówki na odcinki, dzielenie się wiedzą o sporcie. Z czasem postanowiłem przejechać się także na imprezę o charakterze driftingowym. Tu kliknęło bardzo mocno. Kupiła mnie efektowność tego sportu, sposób w jaki te auta działają, jeżdżą… pod koniec studiów wsiąkłem po uszy.
Gdzieś w okolicach 2017 roku stwierdziłem, że fajnie byłoby połączyć życie zawodowe z motoryzacją, w ten sposób samochody i motorsport stały się w niewymuszony, naturalny sposób integralną częścią mojej codzienności.
Wychodzi w zasadzie na to, że na początku nie byłeś specjalnie wielkim fanem zarówno fotografii jak i motoryzacji?
Moje zainteresowanie autami nigdy nie wychodziło poza to, co widziałem na ekranie monitora w grach typu Need for Speed Most Wanted, Colin McRae Rally, Gearhead Garage. Zakup aparatu miał być czysto logicznym nabyciem sprzętu, który przyda się grafikowi. Przez lata planowałem karierę grafika komputerowego w branży gier lub związać swoją przyszłość w jakimś zakresie z cyfrową rozrywką. Natomiast niestety na tego typu zabawy mam coraz mniej czasu.
Życie jest krótkie, nie da się zrobić wszystkiego, a ja jak na złość mam taki charakter, że lubię podchodzić do tego na odwrót! Twierdzę, że życie samo kieruje nas na odpowiednie tory, my jedynie musimy potrafić zauważać okazje i nie przegapiać ich. A sumienna ciężka praca zawsze nas zaprowadzi, tam, gdzie powinna.
To wszystko jest dla mnie katalizatorem do zbierania emocji, wspomnień, dostawania czystej dawki dopamny i adrenaliny, którą jak się okazuje, mój organizm potrzebuje bardzo mocno. To uzależnia, a przy okazji jest szansa stworzyć coś fajnego. Folklor sportów motorowych w rajdach, GSMP, driftingu jest nieco inny, społeczności mają swoje wspólne mianowniki i zarazem masę różnic. Fajnie to poznawać, przeplatać swoje życie z życiem innych ludzi ze środowiska.
Mówi się często, że podróże rozwijają – to prawda! Im więcej punktów myślenia i perspektyw ludzkich jesteś w stanie poznać, tym bardziej Twój umysł się rozwija. Otwiera na nowe bodźce, ludzie, miejsca, sytuacje losowe, to wszystko nas kształtuje. Wiedzę i doświadczenia nabywa się poprzez m.in. książki, bo możesz poznać czyjeś życie, błędy i sukcesy oraz drogę przez nasz byt ludzki na świecie. Także poznawanie ludzi i różnych środowisk, z różnymi historiami i pobudkami. Jak widać, obydwie rzeczy pojawiły się u mnie spontanicznie i efektem motyla wdarły się w życie na stałe. Chociaż niczego z tego nie planowałem…
Masz kontakt z wieloma nazwiskami z różnych dyscyplin.
Co Cię najbardziej zaskoczyło w mentalności kierowców driftu vs rajdów vs wyścigów?
Odważnie rzucę stwierdzenie: drifting to sport uśmiechniętych ludzi. Drifting to sport, gdzie ciągle zabawa jest jednym z motywów przewodnich. Oldschoolowe „Keep Drifting Fun” ciągle jest aktywne. Natomiast jestem w środowisku zawodów od ok. 10 lat. Ten sport się zmienił, auta stały się niesamowicie mocne, trakcyjne, szybkie, wkładane do nich są coraz to nowsze i zarazem drogie rozwiązania technologiczne. Tym samym tam, gdzie pojawiają się duże pieniądze, często kończy się zabawa i niestety to widać też w driftingu na stopniu zawodów. Imprezy typu show to inna para kapci. Jednak dalej mam wrażenie, że w porównaniu do rajdów na wysokim poziomie folklor w driftingu jest ciągle wyluzowany. Środowisko bardziej otwarte.
Jednak to się zmienia, zwłaszcza na wysokm szczeblu zawodów… Drifterzy przede wszystkim, gdy chcą być dobrymi zawodnikami, muszą być powtarzalni. Dlatego ligi zimowe są tak rozchwytywane, symulatory pojawiają się jak nieodzowny element treningowy. Kierowcy driftingowi spędzają niesamowite ilości czasu na simie, dlatego pojawiają się momenty, kiedy przychodzi tzw. „Pan nikt” i nagle miesza w klasyfikacjach generalnych, a starzy wyjadacze muszą ulec świeżej krwi.
Czule wspominam słowa sędziego z zawodów Drift Open na Pomorzu w 2019 roku. „Ci ludzie ciężko harują cały miesiąc tylko po to, aby wydać całą tą kasę w jeden weekend i zażyć odrobinki adrenalny”. Harmonogram w rajdach jest strasznie restrykcyjny, w GSMP trochę mniej, w driftingu ze względu na logistykę i charakterystykę odbywania się całego eventu na relatywnie małej przestrzeni, drifterzy chyba mają w sobie więcej luzu…
Skupienie jest wysokie w danych momentach dnia, kwalifikacje, treningi, zawody, ale jest czas na oddech i złapanie myśli. Rajdy dają tego czasu mniej. GSMP to podróże z szaloną prędkością po odcinkach górskich. Maksimum skupienia przez 2-4 minuty. To męczy. Zwłaszcza, że tych podjazdów dziennie jest 3-5 nawet. Często na zawodach kierowca kończy treningi o 16:00, kwalifikacje koło 18:00, jest czas na luz. Integracje bowiem hotele często zrzeszają różne ekipy driftingowe, wymiany poglądów, rozmowy, poznawanie się. Kierowcy rajdowi po dniu wracają często późno na kolację i pilot wraz kierowców siadają w hotelu aby nanosić poprawki na opis rajdowy.
Zawodnik GSMP analizuje OnBoardy i patrzy gdzie można uciąć setne sekundy na danej trasie.
Kierowca driftingowy ma spottera, którzy na żywo wdraża poprawki do jazdy. Na koniec dnia daje feedback i następuje trochę luźnego czasu przed kolejnym dniem. Charakter dyscyplin definiuje podejście zawodników i ich mentalność. Poza tym mam osobiste wrażenie, że drifting najbardziej skupia w sobie różne „freakowe” osobowości. Tak diametralnie różne, ciekawe.
Co jest dla Ciebie ważniejsze w tym co robisz? Oddawanie emocji, przedstawienie historii czy raczej rzemiosło – technika i estetyka?
Jak to ważysz w praktyce?
Przez lata nauczyłem się jednego, fajne zdjęcie to trzy składowe… Musisz być w odpowiednim miejscu, odpowiednim czasie i mieć odpowiednio ustawiony aparat. Te składowe to nieustanna analiza tego, co się dzieje na trasie, położenie słońca, w to wchodzą różne inne czynniki, jak np. znanie stylu jazdy kierowców, trasy. Dobry fotograf powinien być przede wszystkim świetnym obserwatorem wszystkiego. Bardzo zależy mi zawsze, aby zdjęcie było schludne, chociaż to „never ending story”, zawsze da się zrobić coś lepiej, fajniej.
Oko się ćwiczy tak samo, jak umysł, po jakimś czasie uczysz się, jak bardzo oko aparatu potrafi widzieć coś inaczej niż nasze oko. Podświadomie uczysz się patrzyć coraz bardziej właśnie okiem aparatu. Po początkowych latach, kiedy bałem się kierować swój obiektyw w stronę ludzi, to jak na ironię stało się jednym z najciekawszych elementów budowania albumów, relacji z wyjazdów jako całości, jednej, spójnej.
Zapytałeś o składowe: emocja, technika, estetyka czy czytelna historia. Odpowiadając krótko, wszystko po trochę! Każdy tor, trasa, region kraju, warunki pogodowe, to są historie. Warto je przemycać, myśleć kadrami, które pokazują coś więcej niż ciasne ujęcie auta lecącego bokiem lub rajdówki, która mknie przez kawałek asfaltu. Warto zauważyć jak wielu wspaniałych, światowych fotografów o tym pamięta. I takie ujęcia właśnie są najcenniejsze.
Myślenie obrazami, nie wycinkami fragmentów rzeczywistości, chociaż jak na ironię właśnie fotografia tym jest, wyciętym fragmentem rzeczywistości, zatrzymanym w czasie.
Drift, rajdy, wyścigi, tuning – każdy z tych światów ma inny rytm.
W czym fotografowanie driftingu różni się od reszty najbardziej?
Hmmm… Chyba tym jak warto widzieć kadry szerzej! Obserwując świeżych fotografów widać ich zajawkę tym sportem. Przenosi się to na kadry, w tym dobrym i złym znaczeniu. Pamiętam swoje początki, każde zdjęcie wydawało się cenne, chociaż kadry niewiele się różniły od siebie. Podobne pozycje auta, kadry, nadwozia tylko inne, sztuką jest wyjść spoza swojego punktu widzenia i nauczyć się selekcji. Tworzyć urozmaicone albumy. Szukać miejsc, gdzie nie stoją wszyscy.
Pamiętajmy, że drifting często ma swoje miejsce akcji na małych placach, mniejszych torach. Tam granie kadrami jest o tyle łatwe, że parę kroków w prawo, lewo, przykucnięcie – potrafią diametralnie zmienić kadr. Natomiast to ciągle małe obiekty. Warto okrążać jest i badać miejsca potencjalnie wydające się nieciekawe, może nawet bezsensowne. Stojąc tam, gdzie grupka innych fotografów będziesz mieć zawsze ujęcia takie jak inni! Ty chcesz w zamyśle wyróżnić się swoją pracą.
Moja praca na torze często przypomina „alienację”, nie jestem wraz z gromadkami innych mediów. Zmieniam pozycje co 10-20 minut. Szukam coraz to nowszych kadrów. Takich, które dodatkowo ładnie pokażą np. spektakularną trybunę w tle, jakiś obiekt na torze, który jest charakterystyczny dla niego. Zapominam o tym, że drifting jest sportem łatwym do fotografowania. Nienaturalne pozycje auta, kłęby dymu spod opon. Chce i staram się tworzyć obrazy, gdzie pięknie wkomponowują się te pojazdy i kierowcy, obsługa.
Warto tutaj wrócić do czasów, kiedy zaczynałem i sporo jeździłem na tzw. Super Oes’y. Często relatywnie nudne bądź totalnie cywilne auta, małe placyki z pachołkami, jeżeli nauczysz się wyciskać soki z tak trudnego otoczenia, które jest bądź co bądź po prostu nudne zwykle…, to łatwiej Ci będzie potem swój warsztat przenieść na drifting i wyróżnisz się czymś, czego inni fotografowie mogą nie mieć zakodowane w głowie podczas swojej pracy.
Dorzuciłbym do tego częste odwiedzanie kierowców w ich autach, portretowanie ich, które uwielbiam! „Backstage”, czyli paddock, kiedy dzieją się tam podczas zawodów rzeczy magiczne, wymiany zawieszenia i innych elementów auta w tzw. 10-minutówki. Fajny album z eventu moim zdaniem powinien być jak opowieść, ludzie, auta, sytuacje, a w to wchodzi zrozumienie sportu, poznanie kierowców i ich charakterów, rzeczy mocno „inside’owe”.
Jak definiujesz „dobre zdjęcie” w drifcie: bliskość, dym, kąt, linia, ryzyko, kontekst?
Jak to się mówi: „Apetyt rośnie w miarę jedzenia”, kiedyś było prościej być, chociaż chwilowo zadowolonym z ujęcia, które wracało ze mną z wyjazdów. Mam naturę wiecznego niedosytu i wychodzę z założenia, że zawsze da się lepiej. Nie zadręcza mnie to, inaczej pewnie dawno zrezygnowałbym z tej pasji, ale to takie – zdrowo motywujące. I daje rozwój, fotograf, który wraca z wyjazdu i przez miesiące oglądać swoje zdjęcia, filmy, twierdzą jak to pięknie zrobił. Może mieć racje, ale i jednocześnie hamować swój rozwój…
Ja mam swoje subiektywne składnie dobrego zdjęcia. To budowa 3-planowa, pierwszy plan, drugi plan i tło. Zdjęcie wtedy wydaje się takie „pełne”, do tego podkreślenie tego fajną obróbką, która może wszystko wyciągnąć w górę, bądź niestety też zniszczyć… To tego przekazanie klimatu otoczenia/obiektu. A jeżeli w przeciągu dnia udaje się jeszcze wychwycić dodatkową, losową i bardzo znikomą składową jak np. położenie słońca przez 3-5 minut w danym momencie dnia, przelatujący samolot, paralotnię bądź dodatki na terenie zmagań w postaci np. pirotechniki. To jest szansa zdobyć te najcenniejsze kadry wyjazdu.
Fotografów jest mnóstwo, jedni znikają, drudzy pojawiają się, aby zniknąć za jakiś czas lub zostać nieoczekiwanie dłużej z nami. To, co wspominałem wcześniej, cel fotografa to wyróżnić się na tle innych, zrobić to do góry nogami. Dlatego tak lubię oglądać pracę dobrych fotografów rajdowych np., którzy odwiedzają imprezy driftingowe. Mam szansę zobaczyć coś innego zrobionego w alternatywny sposób.
W świecie, gdzie każdy ma telefon i „robi content” – co Twoim zdaniem odróżnia profesjonalnego fotografa/filmowca w motorsporcie?
Szczerze mówiąc kij ma dwa końce, telefonem i pomysłem niejednokrotnie idzie zrobić lepszy content niż profi sprzętem za 20k. Jednak na pewnym poziomie telefon niesamowicie ogranicza nas. Po tym poznać kto jest bardziej w odpowiednim miejscu. Widać to nie tyle po sprzęcie, co po efekcie. Moim skromnym zdanie wiele torów w Polsce jest dosyć ciasnych. Liczba mediów na torze powinna być regulowana, aby było bezpiecznie i warunki do pracy były dobre. Tutaj tłok nie sprzyja…
Tym samym nie widziałem i ciągle nie widzę na profi zawodach miejsca dla ludzi w kamizelkach z telefonami w ręce. Wartość mediów warunkuje to, co mogą stworzyć z danego eventu. To pewnego rodzaju umowa między organizatorem eventu, a akredytowanym. Tym samym znam opinie ludzi, którzy mówią, że Instagram czy Facebook i tak zbija jakość filmów bądź zdjęć, więc po co im odpowiedni sprzęt? Totalna bzdura! I już tutaj widać czy ktoś ma głębszą wiedzę, pojęcie i oko do tego. Telefon zawsze będzie poniżej odpowiedniego sprzętu foto/wideo. Pod względem ergonomii pracy, możliwościami.
Nie chodzi o to, że wygląda się bardziej profi. Chodzi o to, co jest w stanie stworzyć, a telefon nigdy nie da rady.
Jakie ujęcie jest najtrudniejsze do złapania w drifcie i dlaczego?
Tą są chyba sytuację losowe, złe momenty jak pożary, crashe, tutaj decyduje w sporej mierze szczęście i ciut sztuka przewidywania oraz obserwacji. Do tego, aby dać też jasną stronę, sytuacje pozytywne, łzy szczęścia, nieprzewidziane zwroty akcji. To jest wysoka półka, którą doświadczony fotograf bądź filmowiec ma ciut łatwiej okazje złapać, jednak pamiętajmy, na czym polega idea sytuacji losowych. Nie wiesz nigdy, gdzie? Kiedy? I czy będziesz mieć dobrze ustawiony sprzęt pod to.
Jak dobierasz granicę między „twórcą” a „reporterem”.
Wolisz dokumentować, czy budować emocje i narrację?
Pod tym względem jestem chyba ciągle jednym z najbardziej ewoluujących i niezdecydowanych twórców. Kiedyś vlogi miały charakter luźny, zakulisowy, zabawny. Ustępowały jakością, opierały się bardziej na tworzeniu prostych filmów dokumentalnych w kanonie „Pamiętników z wakacji”. Na dzień dzisiejszy, po latach kompletowania sprzętu oferującego wysoką jakość, lubię iść w ładny montaż, odpowiednia muzyka i ujęcia potrafią wywołać ciarki na całym ciele. Uwielbiam, gdy ktoś pisze mi, że oglądał ostatni film i oczy mu się zaszkliły, albo miał ciary na całym ciele. To jest ten cel! Dlatego chce to robić i właśnie dlatego te produkcje przeszły ewolucję w budowanie emocji.
Do tego staram się bawić w reporterkę, przybliżać ludziom świat dla nich nieco egzotyczny, a dla mnie codzienny. Pozwolić poznać widzom tempo danego eventu, osobowości, które tam są, nie idzie tego stworzyć bez wplatania elementów narracyjnych. Dlatego moje materiały są trochę jak moja osobowość, skrajna mieszanka wszystkiego i wychodzi z tego pewne niecodzienne połączenie. Granic nie dobieram, tworzą się niesamowicie spontanicznie na torze i podczas montażu.
Kiedyś działałem pod mały schemat, w drodze dojazdowej już myślałem, o czym porozmawiam z kierowcami, jaki będzie motyw przewodni materiału. Jednak ta forma szybko wypaliła się, a ja zauważyłem, jak sytuacje losowe na eventach potrafią same pisać ciekawy scenariusz. A taka jest też idea! Obejrzyj relację aby, dowiedzieć się jak przebiegał event i co mogłaś/mogłeś tam zobaczyć.
Jak patrzysz na rosnącą rolę AI w motorsporcie i kreowaniu kontentu w social mediach.
Co jest dla Ciebie „pomocą”, a co już zabija autentyczność?
Przeraża mnie to, bawi jednocześnie. AI to ciekawe narzędzie i można wykorzystać je w bardzo ciekawy sposób. Natomiast Instagram i inne Social Media są coraz mocniej zalewane różnego typu śmieciami stworzonymi przez AI. Nie jest to praca ludzkich rąk, wiec jak to doceniać? Nie ma to wspólnego prawie nic z rzeczywistością, wiec nie jest to reporterskie.
To narzędzie, które z jednej strony pozwala niezdolnym ludziom, czuć, że są zdolni. Myśleć za nich, kiedy umysł powinien się rozwijać, zdolności rosnąc. AI myśli za nas. Mam tutaj wielką obawę o młode pokolenie podczas edukacji, które ma dostęp do takich narzędzi. Jak mają rozwijać swoje umysły? Jak mają uczyć się kreatywności, rozwiązywania problemów. Przecież AI zrobi to za nich, natomiast wychodząc spoza monitora lub odkładając telefon AI nagle z nika… Co wtedy?
Będzie twarde zderzenie z rzeczywistością i tym, co zostaje w Tobie, gdy źródła prądu znikają, a zostaje, to co wyuczone, wyedukowane. Moje zdjęcia nigdy nie były i nie będą tworzone z pomocą AI. Korzystam z programów do obróbki typu Lightroom, który podkreśla zdjęcie jako obraz. Photoshopa, który pozwala mi się usunąć pewne niedoskonałości, czasem to nawet brud na szkle, który jest widoczny na fotografii. Jakaś latarnia lub element, który zakłóca odbiór zdjęcia. Wydłużenie horyzontu pod pionowe ujęcie na Intagramie. Natomiast na tym chciałbym się zatrzymać, a wszelakie moje korzystanie z AI przy publikacji czegoś będzie zawsze podkreślane. Nie chce oszukiwać ludzi, że zrobiłem to, czego w rzeczywistości nie zrobiłem. Nie spojrzałbym sobie w oczy w lustrze.
Poza tym, człowiek będący w branży od razu zobaczy, co jest tworem AI w kwestii grafiki etc. A co jest autentycznym tworem przeniesionym przez autora na grafikę. Tych drugich szanuję najmocniej, bo zawsze należy doceniać kogoś pracę i poświęcany czas. AI może zastąpi jakieś zawody kiedyś, ale czy pracę fotografów lub grafików albo montażysty, twórcy wideo? Myślę, że nie! Ci zdolniejsi będą jeszcze bardziej szanowani i rozchwytywani. Produkcje audiowizualne mają moc wywoływać emocje, maszyna tych emocji nie czuje, ma wielki problem z wyczuciem prostszych rzeczy, jak poczucie humoru nawet. Wiem to z doświadczenia, bo zdarza mi się korzystać z narzędzi AI podczas pewnych prac. AI dobrze nadaje się na ten moment do wielu innych rzeczy, pisanie wzorców pism urzędowych, tworzenie prostych przeróbek wizualnych czy memów.
Co będzie kiedyś? Tego nie wiem! Jednak o najbliższe lata jestem spokojny.
Jaki był Twój największy przełom w karierze?
Chyba moment, kiedy zrozumiałem, że jestem w stanie utrzymać się z tego i godnie żyć.
Moment, kiedy doszło do mnie, jak to się rozwija, a ja nawet w pędzie tego nie zauważyłem. Chwile, kiedy to, co było kiedyś celem i nieśmiałym pomysłem, stało się codziennością. Ja lubię tę pracę bardzo, jest niesamowicie czasochłonna, jednak zbudowała tyle wartościowych rzeczy w moim życiu, dała tyle znajomości, pięknych chwil, podróżny, wspomnień. Poszerzyła umysł bardzo prostego człowieka.
Tutaj należą się podziękowania dla mojej kochanej mamy, która w momencie trudnym dla rodziny (wywodzę się ze stosunkowo biednej rodziny), nie pchała mnie od razu do pracy, aby przywozić konkretne kwoty do domu, jako wkładu w utrzymanie go. Tylko dała mi czas na kilka pierwszych lat, abym rozwinął się. Pierwsze lata podróży to były jedynie koszty. Kolejne wychodziłem może na zero. Niejednokrotnie prosiłem kierowców o kwoty np. 200 zł, zapłaty z góry, bo nie mam za co zatankować auta w drodze powrotnej. Kolejne lata zaczęły pozwalać dopiero utrzymać się i podnosić jakoś poziom.
Nie zrozumcie mnie źle! Wciąż nie żyję jako bogata osoba, ale dla mnie bogactwo to bezpieczeństwo finansowe. Samowystarczalność i możliwość kupienia sobie tego, na co mam ochotę. Niegdyś pamiętam czasy jak prosiłem w sklepie o grę komputerową za 20 zł i raz się udawało uprosić, kiedy indziej nie! Decyzja zawsze była trudna – co kupić? Bo przez miesiące pewnie nie kupi mi nic nowego. Teraz jestem w stanie znaleźć na aukcji „Białego Kruka”, wydać czasem nawet szaloną kwotę za nie. I zbieram gry komputerowe. W ilościach myślę unikalnych, nie mam czasu w nie już grać. Wychodzę, z założenia, że tak podświadomie leczę sobie brak takiej możliwości w dzieciństwie. Przełomy to też kolejne fajne współprace, jakie się pojawiały wraz z latami, pierwsze MGarage Drift Team, ligą Drift Open, różnymi zawodnikami. To są schodki, które zawsze gdzieś prowadzą dalej, a je lubię gonić do góry.
Przełom to także pojawienie się sponsorów moich relacji wideo. Wyjazd każdy, generuje już koszty same w sobie. Bez nich na pewno było ciężej finansowo i niemiałbym okazji rozwijać się sprzętowo, jak i pod każdym innym względem.
Jak wygląda Twój proces pracy: od decyzji „jadę!” do publikacji materiału po zawodach?
To już jest wyćwiczenie pewnej wieloletniej rutyny. Rutyna pomaga w uporządkowaniu i uniknięciu pewnych nieprzewidzianych problemów. Kiedyś spontanicznie szukałem wydarzeń blisko, teraz muszę już działać względem pewnego planu, ułożonego pod różne współprace. W zimie śledzę daty imprez. Nanoszę je na kalendarz w telefonie. Wiem mniej, więcej co mogę się spodziewać. Kiedy będzie bardzo gorący i ciasny czasowo okres. A kiedy więcej oddechu.
Sprzęt przez lata rozrósł się u mnie do solidnych rozmiarów i od małej torby foto z puszką i jednym obiektywem, urosło to do dwóch puszek, wielu obiektywów, kamer sportowych, drona. Załadowanie tego to blisko doba. Dlatego od pewnego czasu sprzęt i torbę na wyjazd przygotowuję już dwa dni przed eventem, na wypadek, gdyby dzień przed wyjazdem coś się skomplikowało czasowo.
Na evencie staram się zadbać jednocześnie o stworzenie fajnej fotorelacji, materiałów na wloga i często obsługi kierowców na zamówienia filmowe i pakietów foto. Po powrocie w tym samym dniu zwykle staram się rozpakować sprzęt z powrotem na półki w biurze, zrzucic wszystko na komputer z kart pamięci. Aby na kolejny dzień mieć po wstaniu i przy porannej kawie okazję już coś działać. Priorytet zwykle to coś nanieść na mojego Intagrama, w tych czasach liczy się świeżość materiałów zaraz po evencie.
Często już tydzień po evencie materiały nie są tak rozchwytywane i nie mają aktywności, bowiem, na horyzoncie kolejne wydarzenie, którym żyje społeczność kierowców, ekip i kibiców. W kolejce stoją potem zamówienia dla kierowców. Samo streszczenie metody pracy to długi temat, nie chce na niego wchodzić, bo to temat na wypracowanie o dużej objętości.
Ostatnie elementy, jakie spinam to galeria z eventu i relacja wideo. Dni robocze na zamknięcie materiałów z danego wyjazdu i okres przygotowania do kolejnego, a następnie powtórz czynność.
Mieszkasz na południowym wschodzie kraju więc na wiele imprez masz po prostu daleko. Jak organizujesz logistykę sezonu i co Cię najbardziej męczy w podróżach, a co mimo wszystko sprawia, że wsiadasz w auto i jednak jedziesz?
Tak naprawdę to podróże mnie nie męczą, uwielbiam je! Okres dojazdu to zwykle fajny przecinek między pracą przed komputerem, a na miejscu. Moment, gdy pogłaśniam muzykę w aucie i mam swoisty reset… Mam naturę podróżnika, lubię to! Nie podejrzewałem siebie o to lata temu, ale chyba wciąż odkrywam w sobie coś nowego.
Jak wiadomo wyjazd, to są koszty, często udaje się niwelować kilometry, gdy dojadę do kierowcy, ekipy i przesiadamy się we wspólny pojazd. Strasznie zmieniła się u mnie perspektywa odległości i tego czym jest dla mnie „daleki wyjazd”. Niegdyś trasa 130-150 km to była podróż, wyprawa, teraz podróże po 300-400 km jestem w stanie spiąć z powrotem w ten sam dzień. Perspektywa odległości uległa niesamowitej ewolucji. Natomiast do dzisiaj czasami powroty po tzw. jedno dniowych wypadach potrafią dać w kość.
Kiedy warunki na torze są spartańskie, jak nie III rundzie WDS, gdzie temp. odczuwalna była naprawdę duża jak na mnie nawet. Są wtedy problemy, bo wsiadając do auta już jestem w stanie przewidzieć, jak będzie wyglądać trasa. Czy będzie trudniej, łatwo? Często po prostu postój i kawa, a nawet przyznam się, że muzyka disco-polo o kolokwialnie mówiąc, „darcie japy” pozwalają wytrzymać trasę do końca. Nigdy nie miałem jeszcze żadnego incydentu drogowego pod wpływem zmęczenia, chciałbym, aby tak zostało do końca. Natomiast miałbym kilka historii z trudnych powrotów, które by pokazały, z jaką materią mierzy się bardzo zmęczony człowiek, gdy musi być skupiony za kierownicą przez 3-4 godziny nawet.
Tegoroczna zima była w końcu odpowiednia. Nie, nie była to jakaś katastrofa, tylko w końcu taka, jak na daną porę roku przystała. Dojazd na jedną z rund WDS będę pamiętać na lata. Pobudka o 3:30 w nocy, śnieżyca, biała autostrada. Nagły atak zimy, dojazd na rundę, który trwał nie 3:30 godz. tylko ponad 5:00 godzin… Auta jechały z prędkością nawet 30-40 km/h. Widoczność tragiczna, ABS w aucie, który nawet mi parę razy uratował tyłek. Takie rzeczy pamięta się na lata…
ABS który akurat działał… wiem że jesteś wierny swojej E39, wiem też że potrafi pokazać Ci palec i nie chodzi tu o kciuk.
Co trzyma Cię przy tym „przyszłym klasyku”?
To auto to jest dziwna relacja. Od wielu lat podobały mi się stare auta marki BMW. Nie byłem nigdy fanatykiem Japonii w motoryzacji, chociaż doceniam jej estetykę. Jednak to właśnie auta z Niemiec do mnie bardziej przemawiają i ich styl. To moje drugie E39, pierwsze skończyło lata temu podczas prób nauki driftingu na drzewie. Tutaj zakończę tą historię.
Ten egzemplarz jest serio fajny, jednak to bądź co bądź, stare auto. A ze mną robi kolosalne ilości kilometrów. Ma prawo się psuć. Problem, gdy zawodziło w momencie kiedy nie mogło. Wsiadam gotowy do wyjazdu, na daną godzinę łapię się z ekipą kierowców i przesiadam do nich, a auto nie działa… Odczucia, jakie mi wtedy towarzyszą są wyjątkowe. Nie krzyczę, nie drę się, nie jestem typem furiata, natomiast gotuję się do środka bardzo. Chyba mogę podziękować paradoksalnie za to tej starej Beemce. Nauczyła mnie zaradności w trudnych momentach.
Uwielbiam to auto! Jest wystarczająco stare, aby mi się podobało, jednocześnie ma wszystko z elektroniki, a nawet więcej niż sporo świeżych pojazdów. Trasa nim to przyjemność, gdy działa. Na szczęście po paru latach udało mi się odnaleźć w końcu godny serwis.
Kuba z jsw_workshop specjalizuje się w marce BMW, zna się dobrze na elektronice, mechanice oczywiście też. Auto ostatnie miesiące przestało się tak buntować. Sporo aktów odmawiania posłuszeństwa pojawiało się przez „papracką” pracę poprzednich serwisów, gdzie zostawiałem auto, teoretycznie wszystko miało być zrobione dobrze, w praktyce nie było.
Mam z tym autem pewną więź, jakiś czas temu oddałem w momencie słabości sytuację losowi, wystawiłem je na sprzedaż, jak pójdzie, to tak właśnie miało być, jak zostanie, to doprowadzę je do ładu i zostanie ze mną na dłużej. Los pokazał, że to auto chyba będzie już stale u mojego boku, jednak z czasem jako zapasowe auto na weekendy, a po pewnym czasie zloty i targi, gdy skończy swoją rolę jako daily, posiadanie ładnego klasyka w dobrym stanie i robienie takich ilości kilometrów, to nie dodaje się…
Co w Twojej pracy jest najtrudniejsze: warunki, presja czasu, logistyka, dostęp czy oczekiwania ludzi?
Jedną z najtrudniejszych rzeczy jest walka z własnym perfekcjonizmem, a to idzie w kooperacji wraz z gonitwą z czasem.
Nie potrafię robić coś na 50%, chce zawsze na 100% albo 110%. Natomiast lubię pracę po presją. Spokojna praca przed komputerem w domu fajnie uzupełnia się z pracą w gonitwie z czasem na wyjazdach. Takie dwie skrajności, które niesamowicie mnie pociągają i dają odpowiednie proporcje tego, co potrzebuje mój charakter.
Zła pogoda oczywiście dodaje pewien dyskomfort pracy, groźbę zalania sprzętu itp. Jednak to są inne, skrajne warunki, które pozwalają stworzyć niecodzienny materiał. To mi często przyświeca, a o trudnym warunkach pogodowych zapominam, one dzieją się gdzieś w tle. Jedną z najtrudniejszych rzeczy jest też walka z wypaleniem w środku sezonu, zwykle w okresie końcówki czerwca oraz sierpnia przychodzą takie dwa momenty. Przesilenie… Robiłem niegdyś ten błąd, że nie zostawiałem sobie weekendu wolnego w pędzie sezonowym. Czasami ułożenie kalendarza i konieczność mojej dostępności na danych eventach nawet nie pozwalała na to. Natomiast nie czując się świeżo i zmotywowany do pracy nie jestem w stanie zrobić dobrego materiału. Bywa, że nie mam ochoty na żaden… Moje podejście nawet w takim natłoku wyjazdów ciągle opiera się na schemacie, że robię to, co lubię.
Co gdy czuję, że nie mogę przez parę dni patrzeć na aparat? Zdarzało się już, że po przybyciu na event podejmowałem spontaniczną decyzję o braku pracy. Zwrotu kosztów dla kierowców, którzy ogarnęli mi hotele i koszty logistyki wyjazd. Takich sytuacji przez ostatnie lata było może z 3-4. Jednak taki 1 tydzień przerwy potrafi serio postawić mocno na nogi i napędzić w stronę kolejnych efektywnych tygodni pracy. Człowiek to nie maszyna, gdy zaczynam czuć się jak właśnie ta maszyna, to pojawia się problem i trzeba podjąć konkretne działania. Odpuścić jakiś weekend i zrobić czas dla siebie.
Problemem też są zlecenia na świeżych dla mnie lokacjach, nie mowa tu o torach, tutaj sytuacja jest ciągle prosta ze względu na to, jak małe obiekty są w Polsce. Mam na myśli np. nieznane trasy rajdowe lub te z wyścigów górskich. Dobrze zrobić wcześniej zwiady w sieci, research. A jak się udaje być tam już dzień przed eventem, to mam okazję spokojnie wszystko zaplanować i mieć system działania. Praca w terenie im mniej chaotyczna, a bardziej ułożona i przemyślana, tym efektywniejsza.
Co jest Twoją czerwoną lampką: sytuacje, w których wiesz, że trzeba odpuścić kadr, bo bezpieczeństwo i rozsądek są ważniejsze?
Każdy fotograf i kierowca, czy obsługa toru i ludzie będący mocno w sferze motorsportu powinni mieć rozwinięty mechanizm samozachowawczy… Nie kupisz go za żadną walutę.
Mój się rozwinął, kiedy widziałem pierwsze prawdziwe i poważne wypadki w motorsporcie. Nie na filmach. Na żywo. Kiedy parę aut przeleciało obok mnie i walnęło w drzewo, lub wylądowało w rowie przede mną, a ja stałem po drugiej stronie. Wtedy zaczynasz rozumieć, że nie każde miejsce jest bezpieczne, a auto prowadzi nie tylko kierowca, a też fizyka. Musisz uczyć się przewidywać, dobierając miejsca, jak ta fizyka zadziała, gdy w tym momencie coś pójdzie nie tak. Kierowca straci wspomaganie kierownicy, hamulce zawiodą, opis rajdowy lub po prostu czynnik ludzki.
Największe „czerwone flagi” to ciągle wypadkowe i ciągle to niestety jest miejsce nawiedzane przez fotografów, którzy powinni wiedzieć o tym najlepiej. Drifting jest relatywnie bezpieczniejszych sportem od innych, jednak ciągle trzeba mieć oczy dookoła głowy, bo jak to mówi się często „Na torze zasady fizyki nie istnieją i nie ma bezpiecznych miejsc”.
Jak wygląda Twoja współpraca z teamami? Co jest dla nich najważniejsze w materiale, a na co Ty musisz czasem naciskać?
Pracując dla każdego pracodawcy, musisz się nauczyć robić materiał pod niego. Najlepiej wcześniej omówić jego oczekiwania. Tyczy się to bardziej produkcji wideo. Musisz się też nauczyć, że nie zawsze to, co podoba się Tobie, będzie podobać się zleceniodawcy. Wtedy musisz zapytać siebie i kierowcy czy czujecie tę współpracę i to będzie miało sens? Kierowca często nie wie, czego chce? Ty masz mu pokazać i zadbać o niego.
Myślę, że kierowcy i teamy zawiązują dane współprace z danymi mediami nie bez przypadku. Widzieli wcześniej ich content i gdzieś to wpisuje się w kanony tego, co widzieliby ze sobą w roli głównej. Dlatego warto dbać o swoje portfolio Internetowe, galerie na Facebook’u, rolki i filmy na portalach takich jak Instagram czy YouTube.
Jak budujesz relacje z zawodnikami? Jak zdobywasz dostęp i zaufanie pozostając przy tym profesjonalnym?
Szczerze mówiąc w przeciągu ostatniego roku zdałem sobie sprawę jak moi idole z ekranu, nagle stali się moim naturalnym środowiskiem. Kolegami, kumplami, znajomymi, których widuje wielokrotnie podczas sezonu. Lubię ludzi, jestem dziwnym połączeniem introwertyka i ekstrawertyka. Dlatego nawiązywanie kontaktów przychodzi mi dosyć naturalnie. Przede wszystkim staram się każdego klienta traktować równo! Niezależnie czy to zawodnik lig ogólnoświatowych, czy kierowca z 3L silnikiem w BMW E46 w najniższej klasie.
Cennik jest ten sam, to oznaka równego traktowania i szacunku, a nie podejścia, że wezmę na tyle, na ile Cię stać. Zaufanie buduje się z czasem, kiedy uczysz się sprostać wymaganiom z materiałami, zawodnik jest spokojny o oprawę. Natomiast różne sytuacje się zdarzają. Czasami logistyka nie pozwala na stworzenie takiego materiału, jaki byś chciał, awaria auta. Wtedy trzeba stawiać na szczerość, nie zrobiłem dla Ciebie takiego materiału, jak chciałem lub żadnego i warto przeprosić.
Na ma nic gorszego niż wodzenie kierowcy za nos i zbywanie. A w środku wiemy już, że nic z tego nie wyjdzie i tak. Jedna z metod, aby w środowisku mieć czystą twarz przez lata. Zawodników poznaję cały czas. Spontanicznie, czasem oni podchodzą pogadać i przywitać się, czasem ja. Nie sprzedaję im od razu ujęć, nigdy nie chodziłem i nie wciskałem zawodnikom czy firmom swoich materiałów. Moim zdaniem, jeżeli Twoja praca się broni odpowiednio to klient sam powinien zwrócić się do Ciebie o chęć zawarcia umowy na zakup pakietu zdjęć. Rolkę lub inne Twoje usługi.
Twórz content jaki rynek chce nabyć, a Ty nie musisz tworzyć „terror marketingu”, aby cokolwiek sprzedać. Bliskie relacje nie są wytłumaczeniem zmiany ceny, stali klienci, którzy biorą sporo materiałów z wielu wyjazdów to już coś innego. Pieniądz nie powinien wpływać na przyjaźnie i relacje koleżeńskie. To są dwie różne sfery i warto twardo je rozgraniczać. Wtedy nie będzie mowy o układach, kolesiostwie czy innych ciemnych stronach robienia interesów z kolegami, będącymi klientami jednocześnie. Wszystko powinno być już przed wykonaniem usługi jasne. Jaki materiał, jaki koszt, etc. To eliminuje późniejsze niesnaski.
Warto też pamiętać aby nigdy nie mieszać się w cudze konflikty, póki nie dotyczą Ciebie bezpośrednio.
Mantra życiowa, działająca pod każdym aspektem.
Masz aktywne social media i kanał.
Co jest dziś trudniejsze: zrobić dobry materiał czy sprawić, żeby algorytm i ludzie go zobaczyli?
Dziwne czasy w social mediach mamy. Wyraźne pytanie, które musimy sobie zadać to: chcemy mieć czy być? Jeżeli mieć to musimy niestety myślę, robić populistyczny, specyficzny content, jaki sprawdza się dobrze na wielu portalach. Viralowe produkcje, niejednokrotnie zabawne, czasem bardziej głupkowate. Liczby będą wysokie na pewno. Natomiast być tzn. nie robić wszystko pod algorytmy i populizm, ale bawić się publikowaniem i treściami pod to, co gra nam w sercu.
Ja wybrałem tę drugą drogę. Podoba mi się grupa docelowa, do której docieram, nie jest tak wielka. Jednak jest konkretna! Nie zamierzam zmieniać azymutu przez najbliższy czas na pewno. A co będzie kiedyś? Nie wiem. Natomiast budowanie sobie grupy docelowej jako gość od głupich filmików? Można to porównać do branży kabaretowej lub stand up. Trzeba to po prostu czuć, każdy czuje social media po swojemu i tutaj mogę oddać hołd np. ekipie Drift Strefy, której produkcje uderzają w tony zabawne, są smaczne, wesołe, ale nie prymitywne.
Odnaleźli swoją przestrzeń i wizję na bycie w sieci. Dobrze się tym bawią i chwała im za to, dobrze się to ogląda. Podejście do social media powinien mieć każdy swoje i takie, jak czuje, że jest w zgodzie z jego naturą. Jakie skrajne by nie było, pamiętajmy – to my mamy wpływ, na ile to jest śmietnik, a na ile miejsce, gdzie znajdziemy coś wartościowego lub naprawdę zabawnego.
Poza torami grasz, czytasz, oglądasz i czasem recenzujesz.
Jak te światy wpływają na Twoją pracę twórczą?
Uwielbiam formy audio-wizualne. Gry, filmy, seriale, niektóre programy dokumentalne. Eksperymenty społeczne (jak ja to nazywam) typu zamknięcie ludzi w danym pomieszczeniu, spuścizna czasów Big Brother w różnych formach. Gdzieś w boku tam jest nauka psychologii i socjologii, która od zawsze mi siedziała i to jakieś zajęcie z boku.
Przydatne w życiu codziennym i podczas otaczania się takimi gromadami ludzi, jakimi ja się otaczam. Jednak idąc w sferę konkretnej odpowiedzi na pytanie. Storytelling na kanale tworzy się sam podczas każdego wyjazdu, nauka to pokazać to dobrze. Natomiast gry i filmy faktycznie mogą rozszerzać nawet podświadomie umysł względem dobierania kadrów. Chociaż w głównej mierze gry i filmy, czy nawet rzadko czytane przeze mnie książki, to jest forma rozrywki i odstresowania. Wyłączenia umysłu z wysokich obrotów. Porównywalne do spacerów na łonie natury, sposób na złapanie dodatkowego tlenu w płuca, ale i umysł. Większość mojej pracy jest od początku skierowana na prace umysłowe, to też mięsień, który potrzebuje regeneracji, stymulacji, odpoczynku, zmiany bodźców.
W grach zawsze szukałem przede wszystkim tych z ciekawą, ale czasami i trudna fabułą. Fajny sposób, aby połączyć rozrywkę z wysiłkiem intelektualnym. Podobno gry komputerowe ogłupiają. Nie zgodzę się, zależy, w co gramy.
Gry są jak towarzystwo, niekiedy potrafią podnieść Cię umysłowo na wyższy poziom, lub sprowadzić niżej. Filmy tak samo. Lubię horrory, takie z dobrą fabułą. Tzw. symulatory chodzenia, czasem coś motoryzacyjnego, przeplatam wiele warstw cyfrowych gatunków rozrywki. Nigdy nie byłem fanem CS’a, gier nastawionych na multi i refleks, twierdzę, że mam wrodzony refleks na niższym poziomie, chociaż ćwiczę go, chociażby na symulatorze w domu.
A największa wpadka albo sytuacja, która nauczyła Cię pokory?
Kurcze wiele ich było, często co wyjazd to inne przygody. Niektóre są związane bezpośrednio ze mną, inne z sytuacjami jakie, widziałem. Chyba m.in. dlatego kocham wyjazdy, nie zobaczysz tego, co mogą zaoferować Ci realne doznania z ciekawymi ludźmi.
Zdarzyło mi się jechać już na event, zapominając torby ze sprzętem foto. Mylić pokoje w hotelu, robić sesje z autami i hostessami bez włożonej karty pamięci. Większość z nich to roztrzepanie i nauka, aby nawet w pośpiechu mieć głowę na karku i twardo stąpać po ziemi. Pośpiech to zawsze zły doradca i powinniśmy z dystansem podchodzić do niego, nawet jak grunt dosłownie pali się pod nogami.
Na sam koniec powiedz mi, czy jest coś, czego nikt by się po Tobie nie spodziewał?
Hmmm, zacząłem pisać książkę w tematyce fantastyki, podczas studiów prowadziłem kanał na YouTube z „Let’s Play’ami” z gier i uczyłem się tańca towarzyskiego. Aha i podczas podróży samotnych podróży samochodem zdecydowanie zbyt często zdarza mi się głośno śpiewać przeboje Kizownika.
Panie i Panowie – Krzysztof Klimek – człowiek media, zna się na wszystkim i każdego wszędzie. Prawdziwy gracz.
Jeździ starą Beemą i zna wszystkie teksty Kiza.
W sprawę zamieszani byli: